
Wakacje dla sierot społecznych są
organizowane w Żmiącej już od 30 lat.
Uczestnikami dwóch turnusów wakacyjnych (każdy z nich trwa ok. 3 tygodnie)
są dzieci w wieku od 2,5 do 12 lat z Ośrodka Opiekuńczo - Wychowawczego
„Dzieło Pomocy Dzieciom” oraz z rodzin zastępczych typu pogotowia rodzinnego
i rodzin zastępczych spokrewnionych z dzieckiem, które są pod opieką
Fundacji przez cały rok.
Wakacje są okresem szczególnie ważnym, koronującym całoroczną działalność
współpracujących z nami wolontariuszy.
"Dzieło Pomocy Dzieciom" Fundacja Ruperta Mayera jest na
stałe związane ze środowiskiem akademickim Krakowa. Od wielu lat w
całorocznej pracy z dziećmi oraz w organizowaniu letnich i zimowych wyjazdów
do Żmiącej pomagają studenci krakowskich uczelni i to nie tylko
pedagogicznych. Co roku do Żmiącej wybiera się wiele osób z Akademii
Górniczo Hutniczej, Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Pedagogicznej,
Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej i z wielu innych miejsc, którzy
swój wolny czas pragnęli poświęcić pracy społecznej i pracy dla dzieci
najbardziej potrzebujących.
Oto przedstawione pokrótce niezbyt oficjalne zasady pobytu w ośrodku w Żmiącej widziane okiem samego wolontariusza:
· Grupka dzieci, którą masz pod opieką, jest tylko częścią gromady, którą się tam wszyscy zajmują. Podział na "moje dzieci" oraz "twoje dzieci" pozostaje tylko formalnością.
· Słowa "Pan" i "Pani" zostają całkowicie wyparte przez słowa "Wujek" i "Ciocia".
· Każdemu dziecku należy się cząstka czasu, chwila ze żmiąckiego życia studenta. Nikt nie przechodzi obojętnie obok smutnego czy płaczącego dzieciaka!
· Należy jednak zachować do nich odpowiedni dystans... Każdy dochodzi do tego sam, wcześniej będąc nie raz wykorzystanym przez te małe pociechy...
· Dobrze jest pamiętać imiona nie tylko własnych dzieci, które to zresztą szybko wchodzą do głowy. Dzieci uwielbiają, gdy wie się jak mają na imię mimo tego, iż jest ich tam ponad sto.
· Każde dziecko ma prawo zwrócić się do każdego dorosłego o pomoc, nie tylko do własnego Wujka lub Ciotki.
· Trzeba utrzymywać swój żmiącki dobytek w czystości, dobrze jest też zaangażować w to własne dzieci.
· Podporządkowanie się "władzom" ośrodka polega głównie na wysłuchaniu i zastosowaniu się do przyjacielskich rad i zaleceń. Nikt nie wydaje tam rozkazów.
· Możliwie dużo własnej energii i radości trzeba przelać na tych, z którymi się żyje, którym tego brakuje na co dzień.
· Bezinteresowne kochanie drugiego człowieka jest tam na porządku dziennym. W takiej enklawie trudno jest się zachowywać inaczej.
Pobyt w ośrodku urozmaicany jest przez mnóstwo przeróżnych zdarzeń:
· Częste pranie ubrań, samotnie lub w asyście ich właścicieli
· Czytanie bajek do poduszki w nagrodę za dobre zachowanie albo z obowiązku "Ciocia, bo obiecałaś!"
· Nauka pisania i czytania
· Wycieczki w góry i do lasu z dziećmi, które w dziwny sposób wcale się nie męczą
· Uczestnictwo w teatrzykach i występach, przebieranie dzieci, wymyślanie dla nich programu, tekstów, układanie wierszyków i późniejsze, pełne sukcesów naturalnie, uczenie ich własnych kwestii
· Karmienie dzieci, lub namawianie ich do jedzenia znakomitych posiłków
· Wycieczki autobusowe z przygodami, w czasie ich trwania człowiek szybko uczy się mieć oczy dookoła głowy
· Niesamowite Msze Święte. Nie do opisania.
·
Wspólne modlitwy pod kapliczką na
górze "Cuprówce". Każdy modli się o to, czego najbardziej potrzebuje:
chłopcy o muskuły a dziewczęta o lalki...
Wspomnienia żmiąckich wolontariuszy
Jak tam jest? Odpowiedź na to pytanie będzie dla każdego
kto tam był długą opowieścią... To co jednak najlepiej się pamięta -- to
chwile, niepowtarzalne, wyjątkowe, wesołe, smutne. Oto kilka z nich które
zapamiętaliśmy najlepiej.
Kiedy w Krakowie na dworcu czekaliśmy na autobus do Krosnej, obserwowaliśmy
kilku młodych ludzi z plecakami, żartując sobie że oni pewnie też wybierają
się na podbój Żmiącej i nie myliliśmy się, kiedy podjechał autobus, nie
mieliśmy już wątpliwości, że są to nasi towarzysze trzytygodniowej
,,pielgrzymki''.Całą drogę zastanawialiśmy się, czy damy radę, czy będziemy
umieli zatroszczyć się o te dzieciaki nie przesadzając w tym co robię, by
zbytnią nie zrobić im krzywdy, oboje też nie mieliśmy pojęcia jak to może
wyglądać. W co się pakujemy. Postanowiliśmy jednak, że zrobimy to gdyż nie
robiliśmy czegoś takiego jeszcze nigdy w życiu. I zrobiliśmy.
Po przyjeździe do Żmiącej i wjechaniu małą furgonetką na wysoką górę,
powitał nas mały brzdąc, który rzucił nam się na szyje z okrzykiem: ,,Wujek!
Ciocia!''. Najpierw pomyśleliśmy że ktoś go na nas nasłał, abyśmy poczuli
się lepiej, potem zrozumiałem, że dla niego jesteśmy ważni i wcale nie
przeszkadza mu to, że zna nas dopiero kilka sekund.
Jedną z pierwszych rzeczy którą zrobiliśmy (oprócz zjedzenia znakomitego
obiadu) było uczestniczenie w mszy świętej.
Zapadła ona nam głęboko w pamięć
-- ta i każda następna. Msza w Żmiącej prowadzona jest przez starszego
księdza w ciasnej kaplicy, która była kiedyś garażem. W tym pomieszczeniu
mieści się prawie setka dzieci porozsadzanych gdzie się da -- na ławkach,
parapetach, kolanach ciotek i wujków. Dzieci wraz z opiekunami wrzeszczą
wniebogłosy śpiewając religijne piosenki (w repertuarze królowała
niepodzielnie Arka Noego), podskakując i wymachując rękami. Tworzy się
niezapomniany klimat, człowiek dorosły będąc tam staje się znowu
dzieckiem...
Co
widzi się gdy tam się jest? Okolica jest przepiękna -- wychodząc ośrodka
wchodzi się zaraz do lasu pełnego jagód i grzybów. Dzieci nie zawsze chętnie
wybierały się na wycieczki, czasem trzeba je było wyciągać na siłę, lecz
kiedy już wyszły, rzadko chciały szybko wrócić. Na wycieczki chodziliśmy
często pod górkę gdzie niedaleko małej kapliczki rozciąga się piękna
panorama na okoliczne góry. Gdy niebo jest bezchmurne można zobaczyć tam
wspaniałe zachody i wschody słońca. Znakomite posiłki urozmaica tam
możliwość pójścia do sadu pełnego drzew i krzewów na których można znaleźć
mnóstwo zdrowych i smacznych owoców. Gromadki dzieci chodzą tam z
opiekunami, objadając się do syta przy okazji zbierając owoce na deser i
przetwory. Ciężko jest tam
nad nimi zapanować, na początku zajmowaliśmy się głównie znajdywaniem
naszych pociech które za chwilę i tak się gubiły na nowo -- na szczęście
często można było je odnaleźć pod opieką innych cioć i wujków.
Całe to miejsce ma charakter bardzo utopijny. Czasem wydaje się, że nie ma
ono prawa istnieć. Wszyscy tam sobie pomagają i odnoszą się do siebie
życzliwie. W nocy czy też w dzień, każdy ma prawo wstępu do prawie
wszystkich pomieszczeń, właściwie wszystkie drzwi stoją przed wszystkimi
otworem.
Najgorzej było kiedy padał deszcz. Baliśmy się, że nagle
skończą się nam pomysły na to co robić w taką pogodę, bo przecież dzieciaki
nudzą się bardzo szybko. Jednak wbrew pozorom zawsze udawało się nam znaleźć
dla nich zajęcie. Najczęściej była to nauka czytania lub pisania, obsługi
zegarka, czasem jednak zdarzało się coś wyjątkowego: jeśli któregoś wieczoru
nasze pociechy musiały wystąpić w sztuce teatralnej, już kilka dni wcześniej
trwały przygotowania -- trzeba ich było nauczyć tekstu (za czym niezbyt
przepadały) oraz stworzyć dla nich kostiumy z bibuły (za czym wprost
szalały).
Wspaniale było widzieć ile przyjemności sprawia im później choćby
stanie na scenie w tych kostiumach. Ile frajdy miały inne dzieci gdy
przymierzały kostiumy kolegów.
A teatrzyki czy też inne imprezy organizowane były prawie codziennie. Dzieci
były odzwyczajane od siedzenia przed telewizorem, który po prostu był
,,zepsuty'' -- za to bawiły się doskonale inaczej, śpiewając, uczestnicząc w
konkursach, olimpiadzie czy też kibicując swoim opiekunom w meczu piłki
nożnej, w którym spotkały się reprezentacje Ciotek i Wujków.
Punktem kulminacyjnym pobytu był jarmark, na którym dzieci mogły wydać
zarobione przez siebie symboliczne pieniążki. Mogły tam kupić przybory
szkolne, słodycze, ubrania, zabawki. Właściwie wszystko o czym mogły sobie
zamarzyć. Cała rzecz działa się na świetlicy, gdzie rozstawione zostało
mnóstwo stołów wręcz zawalonych wszelkiego rodzaju przedmiotami codziennego
użytku. W środku kotłowała się grupa dzieci z absolutnie zagubionymi w tej
chwili opiekunami, którzy nie wiedzieli w którą stronę się odwrócić, aby
każdej ze swych pociech kupić jakieś ubranie, trochę słodyczy, aby podnieść
na ramionach tych mniejszych by mogli zobaczyć i kupić wymarzoną zabawkę.
Przez cały czas dodatkowo z głośników słychać znaną piosenkę ,,Kolorowe
jarmarki'' -- co dodaje temu wydarzeniu specyficznego klimatu.
Właściwie cały pobyt w Żmiącej naznaczony był odczuciem wyjątkowości i
specyficznego klimatu. Takie coś przeżywa się raz w życiu. Możesz pomyśleć
że to wszystko jest zbyt kolorowe...
Jeśli chcesz przeżyć naprawdę coś wyjątkowego, dać cząstkę swego życia komuś kto tego naprawdę potrzebuje, zobaczyć że niewiele trzeba aby komuś pomóc -- spróbuj, nie będziesz żałował.
Autorzy: Bogusia i Olek