15.04.2025r.
„Uwierzyć nadziei wbrew nadziei”
Zdradzony, a jednak wierny. Odrzucony, a mimo to kochający.
Już w samym początku historii człowieka pojawia się dramat wyboru – ten pierwszy, najboleśniejszy. Człowiek nie poszedł za słowem ukochanego Ojca, lecz dał się zwieść. I tak wciąż – dzień po dniu, wiek po wieku – Bóg doświadcza zdrady. A jednak… właśnie z tej niezrozumiałej dla nas miłości do człowieka – zarówno tego wielkiego sercem, jak i pogubionego, rodzica i dziecka, sprawnego i słabego – przyszedł na świat jako jeden z nas. By wziąć na siebie ciężar naszych błędów, przewinień, naszych zdrad.
Nie przyszedł jako heros, lecz jako bezbronne dziecko. Dorastał. Jadł, spał, śmiał się i płakał. Patrzył z czułością na twarze uczniów, kiedy uczył ich, jak kochać mimo wszystko. Jak być wiernym w codzienności, która nie zawsze jest prosta. Jak kochać, gdy boli.
A potem nadszedł wieczór, który zapamiętaliśmy jako Ostatnią Wieczerzę. Wieczór bliskości. Wieczór, w którym z pewnością była radość i nostalgia, a może nawet cicha, głęboka wdzięczność za bycie razem. Czy uczniowie wiedzieli, co się wydarzy za kilka godzin? Czy serce Jezusa drżało, podając kielich, w którym już wtedy czuł smak zdrady? Wiedział – a jednak został. Nie odszedł, nie zmienił decyzji. Bo kochał. Kochał Ojca. Kochał nas. Także nas – rodziców, którzy czasem błądzą. Dzieci – te cudowne i te zagubione. Wszystkich.
To nie pierwszy raz, kiedy miłość została wystawiona na próbę. Mojżesz – prowadzony przez Boga – tyle razy czuł się odrzucony przez swój naród. Zniechęcony, rozgoryczony, miał pokusę, by zrezygnować. Ale coś – a może Ktoś – kazało mu trwać. Nie roztrzaskał swojej misji na zawsze, jak roztrzaskał kamienne tablice. Trwał, bo w jego sercu była iskra tej samej miłości, którą przyniósł Jezus.
A my? Jesteśmy rodzicami. Nie doskonałymi jak Jezus, nie tak cierpliwymi jak Mojżesz. Czujemy ból, kiedy nasze dzieci ranią, kiedy są niewdzięczne, obojętne, zagubione. Czujemy się odrzuceni. Ale nie porzucamy. Nie zostawiamy. Trwamy. Bo nie tylko przyzwoitość i odpowiedzialność nas prowadzą. To zbyt mało. W naszych sercach pali się coś więcej – miłość, ta najprawdziwsza, miłosierna, której nie można się nauczyć z książek. Która pochodzi z wysoka.
Kochamy nasze dzieci nie za coś. Kochamy, bo są. Bo są naszymi dziećmi. Ta miłość – choć bywa trudna, bolesna – daje nam nadzieję. Pozwala patrzeć dalej niż dzisiejszy ból. Pozwala wierzyć, że krzyż nie jest końcem, ale drogą do zmartwychwstania. Że zło nie ma ostatniego słowa.
Nadzieja. Cicha, a potężna. To ona daje siłę każdemu z nas – rodzicom, wychowawcom, towarzyszom w drodze. Idziemy z naszymi dziećmi za rękę. Czasem zostajemy w cieniu, czekając cierpliwie, aż się otworzą, aż pozwolą zajrzeć do pokaleczonego serca. Nieraz nie potrafią powiedzieć, dlaczego tak boli to, co zdarzyło się kiedyś. Chowają się przed nami. Ale my jesteśmy. Z miłości. Z nadziei.
A kiedy nasze ręce opadają, kiedy brak sił – posłuchajmy. Mojżesz, który znał smak zdrady i niemocy, który tyle razy wstawiał się za ludem mimo jego oporu, mówi dziś do nas słowami Pana:
– Odwagi.
Bo życie jest mocniejsze niż śmierć.
Bo miłość jest silniejsza niż zdrada.
Bo nadzieja – nawet ta wbrew nadziei – jest prawdziwa.
MAMA

