Czasem chcielibyśmy tak po prostu wziąć linijkę, ołówek i dokładnie oddzielić, co w zachowaniu naszego dziecka wynika z pierwotnej rany, której doświadczył we wczesnym dzieciństwie , a co wynika z faktu, że nastolatki funkcjonują w sposób właściwy dla ich wieku.
Tylko że tak się nie da.
Nie można odciąć tych dwóch rzeczy prostą kreską.
I może właśnie dlatego warto na chwilę odłożyć pytanie: „Czy to ma związek z adopcją?”
I zapytać inaczej:
„Co teraz dzieje się z moim dzieckiem?”
Nie lekceważę traumy dzieci adopcyjnych. Przeciwnie. Wiem, jak głęboko doświadczenie odrzucenia, straty czy braku bezpiecznej więzi może zapisać się w człowieku. Ale wiem też, że nastolatek jest nastolatkiem.
Rodzic wychowujący swoje biologiczne dziecko, kochający je i starający się najlepiej, jak potrafi, również może pewnego dnia usłyszeć:
„Jesteś okropną mamą.”
„Jesteś beznadziejnym ojcem.”
„Nienawidzę cię.”
„Nie chcę z tobą rozmawiać.”
I wtedy dorosły może na chwilę znieruchomieć.
Co? Jak to? Przecież tak bardzo się staram. Przecież cię kocham. Co zrobiłam źle?
A potem myśli zaczynają pędzić z prędkością światła.
Skoro nie sprawdziłam się jako mama, to co teraz?
Skoro jestem beznadziejnym ojcem, to jak mam dalej wychowywać moje dziecko?
Może rzeczywiście wszystko robię źle?
Każdy rodzic, który usłyszał od swojego dziecka coś podobnego, prawdopodobnie wie, o czym mówię.
Dlatego może na chwilę zostawmy pytanie, czy nasze rodzicielstwo jest biologiczne, czy adopcyjne. Popatrzmy po prostu na nastolatka.
Na młodego człowieka, którego ciało się zmienia, którego mózg dojrzewa, który coraz mocniej pragnie autonomii, a jednocześnie nadal bardzo potrzebuje dorosłego. Na kogoś, kto chce być niezależny, ale nie zawsze potrafi jeszcze sam regulować emocje. Kogoś, kto czasem mówi: „Nie potrzebuję cię”, podczas gdy gdzieś głęboko bardzo chce wiedzieć, że jesteśmy.
Pochylmy się jeszcze raz nad tym, co jest niezwykle ważne: więź.
Pani Agnieszka Kozak mówi o potrzebie empatycznego towarzyszenia młodemu człowiekowi. Nie chodzi o to, żeby zawsze rozumieć jego zachowanie, albo na wszystko pozwalać. Chodzi o to, żeby być obok kogoś, kto sam jeszcze nie zawsze rozumie, co się z nim dzieje.
Towarzyszenie nie oznacza pobłażania.
Oznacza raczej:
„Widzę, że jest ci trudno. Jestem tutaj. Nie zgadzam się na twoje zachowanie, ale nie przestaję być po twojej stronie.”
Młodzi bardzo potrzebują również odpowiedzialności dorosłych za składane obietnice.
Bo kiedy mówimy:
„Jestem przy tobie.”
„Jesteś dla mnie ważny.”
„Możesz na mnie liczyć.”
to warto zadać sobie pytanie:
Czy potrafię uczynić nastolatka ważnym także wtedy, kiedy jest trudny?
Bo młodzi ludzie często mówią: „Nikomu nie można ufać.”
I czasem mają ku temu swoje powody.
Dorośli dzisiaj mówią jedno, jutro drugie. Obiecują i nie dotrzymują słowa. Są blisko, a potem nagle znikają emocjonalnie. Raz reagują spokojnie, innym razem wybuchają.
Dlatego potrzebujemy dawać młodym coś, czego bardzo potrzebuje ich układ nerwowy:
trwałość i przewidywalność.
Nie oznacza to, że rodzic nigdy się nie zdenerwuje. Że zawsze będzie spokojny. Że nigdy nie popełni błędu.
Oznacza raczej:
„Nawet jeśli się pokłócimy, nadal jestem twoim rodzicem.”
„Nawet jeśli zrobiłeś coś złego, nie przestajesz być dla mnie ważny.”
„Nawet kiedy jestem zły, nie opuszczam cię.”
Bezpieczna więź daje młodemu człowiekowi doświadczenie, że kiedy przychodzi kryzys, trudność, konflikt — relacja nie znika.
To właśnie dorosły może być dla jego układu nerwowego kimś, kto pomaga się zatrzymać. Kimś emocjonalnie stabilnym i przewidywalnym. Kimś, kto nie wykorzystuje przewagi dorosłego po to, żeby „wygrać” z młodym człowiekiem.
Dorosły, którego miłość do nastoletniego dziecka, może pomieścić:
Jego złość.
Jego lęk.
Jego bezradność.
Jego milczenie.
A czasem można go po prostu uleczyć obecnością.
Komunikacja dwojga ludzi jest przecież czymś więcej niż wymianą słów. Jest spotkaniem.
I może największym lękiem młodego człowieka nie jest wcale to, że rodzic się na niego zezłości.
Może głębiej jest pytanie:
„Czy ktoś mnie naprawdę widzi?”
Czy ktoś widzi mnie nie tylko wtedy, kiedy dobrze się zachowuję?
Czy ktoś zauważa we mnie coś wartościowego?
Czy jestem ważny również wtedy, kiedy sobie nie radzę?
Większość z nas, dorosłych, otwiera usta wtedy, kiedy coś nie działa.
Posprzątaj.
Odłóż telefon.
Znowu się spóźniłeś.
Ile razy mam ci powtarzać?
Dlaczego ty nigdy…
A przecież nastolatek potrzebuje również usłyszeć:
„Widzę, ile się dzisiaj napracowałeś.”
„Dziękuję, że mi pomogłeś.”
„Widzę, że próbujesz.”
„Cieszę się, że jesteś.”
„Lubię z tobą być.”
Twoje słowa mogą naprawdę podnosić z podłogi.
Dorosły nie jest po to, żeby nieustannie łapać młodego człowieka na błędzie. Jest po to, żeby go podnosić, kiedy upada — i pomagać mu uczyć się, jak następnym razem wstać samemu.
Nastolatki potrzebują również sensu.
Nie zawsze zadziała:
„Bo tak trzeba.”
„Bo jestem twoją matką.”
„Bo powiedziałam.”
Młody człowiek coraz częściej chce wiedzieć:
„Po co?”
Jaki jest sens tego, co robię?
Dlaczego mam to zrobić?
Co mi to daje?
Do czego prowadzi?
I może dlatego zamiast kolejnego polecenia czasem warto dać zaproszenie.
Zamiast:
„Masz posprzątać pokój.”
spróbować:
„Pomyślmy, jak możemy sprawić, żebyś miał tutaj miejsce, w którym naprawdę dobrze się czujesz.”
Zamiast:
„Masz się uczyć.”
może:
„Zastanówmy się, co pomoże ci przygotować się do tego sprawdzianu.”
To nie są wielkie zmiany. Ale czasem właśnie one otwierają drzwi do współpracy.
Nie możemy oczekiwać od młodego człowieka dojrzałości, której dopiero się uczy. To, że nastolatki bywają mocno skupione na sobie, jest częścią tego etapu rozwoju. Ich sposób patrzenia na świat jest inny. Ich potrzeby są inne. Ich „zadania” również są inne.
Dlatego czasem mniej działa polecenie, a bardziej zaproszenie.
Mniej:
„Musisz.”
Więcej:
„Spróbujmy.”
„Pomyślmy razem.”
„Jak ty to widzisz?”
„Czego potrzebujesz?”
I paradoksalnie — kiedy młody człowiek czuje się rozumiany, szanowany i ważny, często potrafi dać od siebie więcej, niż moglibyśmy się spodziewać.
Nie chodzi o to, żeby rodzic zrezygnował z granic.
Wręcz przeciwnie.
Granice są potrzebne. Zasady są potrzebne. Konsekwencje są potrzebne.
Ale jeszcze bardziej potrzebna jest relacja, w której młody człowiek wie:
„Moja mama może się ze mną nie zgadzać, ale mnie nie odrzuca.”
„Mój tata może postawić mi granicę, ale nadal jestem dla niego ważny.”
„Mogę popełnić błąd i nadal mam dokąd wrócić.”
Być może właśnie tego najbardziej potrzebują nasze nastolatki.
Nie idealnych rodziców.
Potrzebują dorosłych, którzy chcą ich poznawać.
Także wtedy, kiedy dorastają. Kiedy zmieniają się ich potrzeby, emocje, sposób myślenia. Kiedy przestają być dziećmi, a jeszcze nie są dorosłymi.
Potrzebują rodziców, którzy nie przestaną pytać:
„Kim jesteś?”
Nie po to, żeby ich kontrolować.
Po to, żeby ich spotkać.
I może to jest jedno z najważniejszych zadań rodzicielstwa w tym czasie — nieustannie uczyć się własnego dziecka na nowo.
Bo nastolatek, którego znaliśmy wczoraj, może dziś potrzebować od nas czegoś zupełnie innego.
A my?
Możemy nadal być tym miejscem, do którego się wraca.
Miejscem, w którym można odpocząć.
Miejscem, w którym można się złościć, płakać, milczeć i próbować jeszcze raz.
Miejscem, gdzie więź nie znika tylko dlatego, że pojawił się konflikt.
Bo niezależnie od tego, czy jesteśmy rodzicami biologicznymi, czy adopcyjnymi, jedno pozostaje niezmienne:
nasze dzieci potrzebują wiedzieć, że są ważne.
A my potrzebujemy odwagi, by wciąż na nowo uczyć się, jak być ich rodzicami.
Nie wszystko jest traumą. Nie wszystko jest buntem. Za zachowaniem młodego człowieka zawsze jest ktoś, kto potrzebuje, żeby rodzic chciał go zobaczyć.
Może więc zamiast kolejnego pytania:
„Jak go zmienić?”
spróbujmy czasem zapytać:
„Co mogę zrobić, żeby lepiej go zrozumieć i pozostać blisko?”
Do wychowania nastolatka nie ma gotowej instrukcji.
To proces, droga.
I dobrze, jeśli idziemy nią razem.
Mama – pedagog specjalny

