Zachorował pies.
Odchodził po wielu latach bycia z nami.
Pamiętam moment, gdy powiedziałam do syna:
— „Przepraszam, że tak reaguję, ale…”
Nie dokończyłam.
Tama łez pękła.
Syn podszedł niepewnie, poklepał mnie delikatnie i powiedział:
— „Wiem, mamo. To przecież członek rodziny.”
Przecież to „tylko pies”…
Chwilę później zobaczyłam coś, czego wcześniej nie widziałam wyraźnie:
Chłopak usiadł na schodach i długo głaskał psa, którego mi zasłonił. Widziałam tylko skulone plecy mojego dziecka. Jakieś mniejsze niż zwykle. Smutniejsze. Bardziej samotne.
Nie wiedział, że go obserwuję.
Wcześniej patrzyłam w jego zaszklone oczy.
Takie oczy ma dziecko w depresji.
Jakby chciało powiedzieć:
„Pomóż mi, mamo. Zawsze umiałaś ratować. Dlaczego teraz nie możesz mnie uratować ?”
Może to tylko nadinterpretacja matki.
A może właśnie dwa światy zlały się w jeden:
smutne oczy odchodzącego psa i smutne oczy dziecka pogrążonego w depresji.
I wtedy moje łzy popłynęły już z siłą wodospadu.
Jak ratować dziecko, kiedy samemu tonie się w ciemności?
Jak opowiedzieć ból rodzica, który bezradnie stoi wobec cierpienia własnego dziecka?
Jak powiedzieć dziecku:
„Żyj”,
kiedy samemu nie ma się siły żyć?
To jedna z najbardziej samotnych przestrzeni depresji rodzinnej:
depresja rodzica spotykająca się z depresją dziecka.
Moja ciemność przenikająca się z jego ciemnością.
Bez światła.
Bez odpowiedzi.
Bez prostych rozwiązań.
Są dni, kiedy rodzic adopcyjny patrzy na swoje dziecko i widzi ból, którego nie potrafi zatrzymać.
A jednocześnie sam nosi w sobie pustkę, zmęczenie, rozpacz.
I wtedy pojawia się pytanie:
„Kto kogo uratuje?”
„Podaj mi swoją dłoń”
A jednak nawet w największym mroku czasem zostaje maleńka iskra racjonalnego myślenia.
Taka, która mówi:
„To ja jestem dorosły. To ja odpowiadam za dziecko.”
I wtedy – mimo choroby, mimo łez, mimo własnego cierpienia – człowiek próbuje wykonać najmniejszy ruch.
Może tylko taki:
„Podaj mi swoją dłoń. Pójdziemy razem przez ten ciemny tunel.”
Nie obiecuję światła od razu.
Nie obiecuję, że wiem, jak wyjść.
Ale obiecuję:
„Nie zostawię cię samego.”
Nadzieja wbrew nadziei
Jeśli mówię, że wierzę, to nie w „coś”. Nie w pustą ideę. Ale w żywego Boga.
I czasem właśnie wiara staje się ostatnią nitką, której człowiek się trzyma.
Nie dlatego, że wszystko już rozumie. Ale dlatego, że nie ma już niczego więcej.
Ksiądz Piotr Pawlukiewicz mówił, że kiedy owca się zgubi i nie potrafi już nic zrobić – zawsze może
„ beczeć”.
Może właśnie tak wygląda modlitwa człowieka w depresji: nie piękne słowa, ale wołanie. Krzyk. Płacz. Szept:„Boże, pokaż drogę.”
Zielone Święta i Duch, który przychodzi
Zbliżają się Zielone Święta.
Ktoś powie:
—„ To tylko data w kalendarzu.”
Ale Bóg nie mieści się w kalendarzu. Jest ponad czasem. I pozostaje wierny nawet wtedy, gdy człowiek nie czuje już nic.
Jest obietnica: „Ojciec da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą”.
Więc może dziś trzeba wołać właśnie tak: jak płaczące dziecko, jak natrętna wdowa z Ewangelii,
jak człowiek, który już nie ma siły udawać silnego.
Wołać: „Pokaż nam drogę.” „Naucz nas żyć.” „Pomóż uratować nasze dziecko
MAMA – pedagog specjalny

