Przez ostatnie miesiące pisałam o sprawach trudnych. O depresji poadopcyjnej matek i ojców. O rodzinach, które próbują utrzymać się na powierzchni, kiedy jedno z nich choruje. O dzieciach zagubionych w ciemności i rodzicach, którzy czasem sami nie wiedzą już, skąd brać siłę do dalszej drogi.
Może właśnie dlatego wakacje są dobrym momentem, by zatrzymać się na chwilę.
Nie po to, żeby zaprzeczyć trudnościom. One nie znikają wraz z końcem roku szkolnego. Nie rozpuszczają się w promieniach słońca. Trauma nie wyjeżdża na urlop, a pytania o przyszłość nie przestają wracać.
Ale może właśnie teraz warto pozwolić sobie na oddech.
Rodzice adopcyjni żyją z ogromnym ciężarem odpowiedzialności. Noszą w sobie nieustanną czujność. Analizują zachowania dziecka, szukają najlepszych rozwiązań, czytają, konsultują, planują. Martwią się o to, co będzie za rok, za pięć lat, za dziesięć.
Patrzą daleko przed siebie, bo kochają.
Tymczasem dziecko najczęściej nie pyta o to, co będzie za dziesięć lat.
Potrzebuje rodzica, który jest obok dzisiaj.
Pamiętam słowa, które kiedyś usłyszałam: „nie musisz widzieć całej drogi. Wystarczy, że zobaczysz kolejny krok”.
To zdanie wraca do mnie często, gdy rozmawiam z rodzicami. Bo tak łatwo zgubić teraźniejszość w lęku o przyszłość. Tak łatwo nie zauważyć tego, co właśnie się wydarza.
Maria Berlińska zwraca uwagę na coś niezwykle ważnego. Nie patrzmy na dziecko przez pryzmat porównań. Nie pytajmy, gdzie jest w stosunku do innych dzieci. Spójrzmy raczej na drogę, którą już przeszło.
„Dzisiaj jesteś tutaj. Kiedyś byłeś tam”.
To często więcej, niż nam się wydaje.
Czasami postęp nie wygląda spektakularnie. Nie da się go zmierzyć oceną ani tabelką. Bywa ukryty w krótszym wybuchu złości, spokojniejszym wieczorze, pierwszym samodzielnym telefonie do kolegi, odważnym przyznaniu się do smutku.
W życiu rodzinnym najważniejsze rzeczy rzadko są widowiskowe.
Podobnie jest z miłością.
Rodzice bardzo często kochają swoje dzieci bardziej, niż potrafią to wyrazić. Są gotowi przenosić góry, walczyć o terapie, specjalistów, szkoły i diagnozy. A jednocześnie dziecko nie zawsze czuje się kochane.
To nie jest zarzut.
To jest przypomnienie, jak bardzo dzieci żyją atmosferą domu.
Atmosfera to dla nich powietrze, którym oddychają.
Nie pamiętają wszystkich rozmów wychowawczych. Często nie pamiętają rad. Za to doskonale pamiętają, jak czuły się przy rodzicach.
Czy było przy nich bezpiecznie.
Czy można było przyjść ze swoim smutkiem.
Czy wolno było popełniać błędy.
Czy ktoś naprawdę cieszył się z ich obecności.
To dlatego relacja zawsze jest pierwsza.
Przed zasadami.
Przed wymaganiami.
Przed naprawianiem.
Może więc te wakacje są zaproszeniem do czegoś bardzo prostego ?
Nie do rezygnacji z odpowiedzialności.
Nie do lekceważenia problemów.
Ale do odpoczynku od przekonania, że wszystko zależy wyłącznie od nas.
Może choć na chwilę trzeba odłożyć rolę terapeuty, diagnosty i organizatora rodzinnego życia.
I po prostu pobyć mamą.
Po prostu pobyć tatą.
Usiąść obok dziecka na pomoście, iść razem leśną ścieżką, obejrzeć zachód słońca, śmiać się z rzeczy zupełnie nieważnych.
Nie dlatego, że to rozwiąże wszystkie problemy.
Ale dlatego, że buduje coś znacznie trwalszego.
Więź.
A bez więzi nic naprawdę nie wzrasta.
Dzieci nie potrzebują rodziców doskonałych. Nigdy nie potrzebowały.
Potrzebują rodziców prawdziwych.
Takich, którzy czasem się pomylą i potrafią przeprosić.
Takich, którzy nie wszystko wiedzą.
Takich, którzy bywają zmęczeni, ale wciąż wracają.
Takich, przy których można czuć się kochanym nie za wyniki, nie za postępy, nie za spełnione oczekiwania.
Po prostu za to, że się jest.
A może właśnie na tym polega jedna z najważniejszych wakacyjnych lekcji?
Że życie nie składa się wyłącznie z celów do osiągnięcia. Nie trzeba widzieć całej drogi.
Czasem wystarczy usiąść obok człowieka, którego kochamy, i przez chwilę nigdzie się nie spieszyć.
Reszta przyjdzie w swoim czasie.
MAMA – pedagog specjalny

