Wróćmy jeszcze raz do Mojżesza i jego drogi.

Czterdzieści lat wędrówki przez pustynię. Brak wody. Kąsające węże. Zmęczenie. Pytania rodzące się każdego dnia: Dokąd idziemy? Dlaczego ta droga jest tak trudna? Czy to wszystko ma sens?

A pośród tych trudnych doświadczeń wyrasta znak nadziei – miedziany wąż wzniesiony wysoko na palu (por. Lb 21,9). Kto na niego patrzył z ufnością, odzyskiwał życie.

Nasze rodzicielstwo to ciągłe wędrowanie.

Codzienność potrafi wciągnąć nas bez reszty. Szkoła, dom, poradnie, przychodnie. Telefony, wiadomości, obowiązki. Obiad, który sam się nie ugotuje, i praca, którą trzeba wykonać, bo z czegoś przecież trzeba żyć.

Do tego zmęczenie, troska i odpowiedzialność. Niekiedy tak wielkie, że łatwo pomylić to, co ważne, z tym, co jedynie pilne.

A tu właśnie przychodzą wakacje.

Jak zaciągnięty hamulec.

Stop. Uff!

Można wreszcie złapać oddech. Przypomnieć sobie, że radość nie jest luksusem ani nagrodą za dobrze wykonane obowiązki. Jest częścią życia, o którą również trzeba zadbać.

My – rodzice.

I nasze dzieci – „z brzuszka” czy „z serduszka”. Na chwilę zostawmy to na dalszym planie. Po prostu: rodzice i dzieci.

Zanim z wypoczętą głową i spokojniejszym sercem zaczniemy planować kolejny rok, kolejne terapie, wizyty, zajęcia i obowiązki, zróbmy coś razem. Nie jutro. Nie „kiedyś”. Teraz.

Może wybierzmy się na wspólną wędrówkę. Tam, gdzie lubimy. Z dala od miejsc przypominających o kontroli, ocenach i zadaniach do wykonania.

Zróbmy wakacyjny reset.

Bądźmy razem bez szczególnego celu. Bez planu wychowawczego. Bez konieczności osiągania efektów.

Może właśnie wtedy uchwycimy to krótkie spojrzenie naszego dziecka, które kiedyś skradło nasze serce.

Może na nowo odkryjemy, co naprawdę je zachwyca, kiedy nie próbujemy prowadzić go wyłącznie naszą dorosłą, rozsądną i rodzicielską wizją świata.

Może wydarzy się coś zupełnie zwyczajnego. Wspólny śmiech. Rozmowa. Milczenie. Chwila, która niczego nie rozwiąże, ale przypomni nam, jak buduje się więź.

Dlaczego właśnie Mojżesz na początku wakacyjnego zamyślenia?

Bo prowadził lud ( jak dzieci): „o twardym karku i zatwardziałym sercu” (por. Wj 32,9–10). Kto bardziej niż on mógł mieć ochotę rzucić laską – i to wcale nie w skałę, z której miała wypłynąć woda (por. Lb 20,11) – i pójść swoją drogą? Kto bardziej niż on mógł zapytać: „Po co mi to wszystko było?”

A jednak wiedział, gdzie szukać ratunku, gdy pojawiały się kąsające węże. Wiedział, że nadzieja nie rodzi się z własnych sił, ale z podniesienia wzroku ku Bogu.

Ile takich „ukąszeń” doświadczyliśmy jako rodzice od ostatnich wakacji? Ile słów zabolało? Ile sytuacji odebrało nam spokój? Ile razy zabrakło już cierpliwości?

Dlatego właśnie warto wrócić do naszej pierwszej miłości.

Do zachwytu, z którym patrzyliśmy na nasze dziecko. Do wdzięczności za to, że jest. Do pragnienia bycia razem, zanim pojawiły się wszystkie zadania, diagnozy, trudności i codzienny pośpiech.

By nie stracić nadziei. By odzyskać siłę. By znów odnaleźć radość.

Patrzmy na miedzianego węża – znak ocalenia i Bożej wierności – i pozwólmy, by raz jeszcze pozwolić zaprosić się słowom:

„Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco” (Mk 6,31).

Niech te wakacje będą nie tylko czasem odpoczynku od obowiązków, ale także czasem powrotu do siebie nawzajem.

Mojżeszu, który słyszałeś głos Boga pośród ciszy pustyni, wstawiaj się za nami, abyśmy w ciszy naszych wakacyjnych dni na nowo usłyszeli nasze dzieci. I odnaleźli drogę do tej pierwszej miłości, od której wszystko się zaczęło.

Mama – pedagog specjalny


Wesprzyj nasze działania dokonując

wpłaty na rzecz Fundacji Dzieło Pomocy Dzieciom

Wesprzyj Fundację szybkim przelewem lub BLIKiem

wdpgk loader image

Wpłaty realizowane przez Przelewy24


Wesprzyj Fundację szybkim przelewem lub BLIKiem

wdpgk loader image